Blog / SUBIEKTYWNO - OBIEKTYWNA RELACJA Z RAJDU ZIMOWEGO 360 STOPNI

SUBIEKTYWNO - OBIEKTYWNA RELACJA Z RAJDU ZIMOWEGO 360 STOPNI

21 lutego 2014

Tak, to będzie właśnie taka relacja. Dlaczego? Bo będzie to relacja MIX. Subiektywna - moja - trenerki Boot Camp - dopiero zaczynającej przygodę z zimowym rajdowaniem i rzecz jasna - kobiety. Bardziej obiektywna - partnera rajdowego - Maćka Reka - doświadczonego zawodnika oraz znakomitego nawigatora.

Jak początek przygody widzi Maciek?

Jeszcze jesienią gdy zaproponowałem Aśce wspólny start na zimowym rajdzie 360 stopni. Nie sądziłem, że bez chwili namysłu zgodzi się na wspólną zabawę. Lakoniczny komunikat organizatorów wspominał jedynie o 110km. biegiem, rowerem i nartach biegowych. Dla Aśki miał to być pierwszy poważny rajd, dla mnie powrót do rajdowania po dłuższej przerwie. Wraz z czasem, przyjściem mrozów i śniegu Aśka nabierała coraz więcej obaw. Kilka wspólnych treningów wprowadzało spokój w nasze przygotowania. Jednak im bliżej rajdu, tym bardziej dochodziło do niej co nas czeka. Zima, mróz, śnieg, nieznane mazury, nasza dwójka i cała doba napierania. Na tydzień przed – komunikat orgów (organizatorów). Trasa krótka - 170km. Ileeeee??? Miało być miło, szybko i przyjemnie, a tu szykuje się porządny rajd.

Tak, na tydzień przed zawodami poziom mojej paniki osiągnął swoje apogeum. Utrzymujące się temperatury na poziome -10 stopni w dzień, nasilały tylko moje obawy przed odmrożeniami. “Ja chcę wrócić z wszystkimi palcami!” Chyba każdy mój znajomy to słyszał i nic a nic nie uspokajały mnie prognozy że ma się ocieplić. Dla mnie było zimno: ZA ZIMNO. 

Oj się działo….tak wiele, że mam wrażenie, że rajd trwał dwa tygodnie, a nie dwa dni:P
Dużą przygodą było już odpowiednio się  spakować, nie zapominając o żadnym ważnym gadżecie. Było ich mnóstwo - to zawody mulitdyscyplinarne - rower, narty, buty do biegania, do roweru, do nart. Nie wspominam tu już o odzieży.

Maciek: Czwartek rano szybkie pakowanie i w drogę. Dobrze, że jedziemy tylko we dwójkę, bo do auta nikt by już się nie zmieścił. W końcu dwa rowery w bagażniku, narty na tylnej kanapie i mnóstwo toreb, plecaków itd. zajmuje trochę miejsca. Bez większych problemów dojeżdżamy we czwartek do bazy. Zajmujemy wygodne miejsca na Sali gimnastycznej, składamy rowery, zmieniamy opony, i przygotowujemy przepaki. Zajmuje nam to dobre 4h, ale lepiej pakować się dłużej i mądrzej przed rajdem niż potem niepotrzebnie tracić czas na przepakach.

Koniec, końców - udało się. Dobrze że mieliśmy samochód, bo nie wyobrażam przewożenia takiej ilości bagażu pociągiem.  Dodam, że ogrom bagażu nie był spowodowany kobiecym pragnieniem zabraniem całej szafy. Zapewniam - zabraliśmy tylko niezbędne rzeczy, po prostu ubrania i sprzęt na każdy wariant pogodowy.  Zaczynało się ocieplać, więc można było spodziewać się sporej ilości wody w każdej postaci. Nie mogło więc zabraknąć impregnatów do odzieży i butów. Tutaj pokłony dla firmy Holmenkol - dzięki wam staliśmy się nieprzemakalni.
A tak wyglądały nasze przepaki i gotowe rzeczy na ranek:

Jak widać odmawiam ostatnią modlitwę :) A tak naprawdę  to układam sobie w głowie schemat trasy oraz planuję jak rozłożyć siły i “nie spalić się” na starcie.

Wieczorna odprawa rozwiewa wszystkie nasze wątpliwości co do trasy. Dostajemy mapy i wszystko staje się jasne. Jakby nie patrzeć minimum 170km przed nami. Przed snem spędzam jeszcze chwilę na przycinaniu map i rysowaniu trasy.

Nie od dziś wiem, że jestem dzieckiem szczęścia. Noc przed startem upłynęła mi nie na spaniu, ale na marznięciu na zimnej podłodze. Kurcze, to już kolejne zawody gdzie nie mogę spać na sali gimnastycznej i mi zimno. Moje stopy konsekwentnie zamieniały się w sople lodu. Nad ranem zdesperowana, zdecydowałam się zużyć podgrzewacze, które spakowałam do plecaka na wszelki wypadek na trasę. Cudownie grzejące saszetki wsadziłam w skarpetki, zwinięta w kłębek schowałam głowę w śpiwór i przespałam wreszcie jakieś dwie godzinki. Pocieszył mnie fakt, że nie tylko mi było zimno w nocy. Maciek chyba też nie czuł się jak na Hawajach - zasnął w bokserkach a obudził się w dresie.
Po nieprzespanej nocy powinnam padać na twarz. Jednak adrenalina robi swoje. Po wstaniu, ubraniu dwóch kurtek i ciepłej herbacie poczułam przypływ energii. Ekspresowo przejrzeliśmy i zdaliśmy przepaki, nawet zjedliśmy porządnie przygotowane śniadanie i stwierdziliśmy, że w sumie mamy jeszcze 2 godziny do startu i co tu robić?? - Fotki :)

Nawiasem mówiąc, tego piątkowego poranka pogoda nastrajała optymizmem - może nie zamarzniemy?


Pobudka. Śniadanie. Ubieranie. Pakowanie. Punktualnie o godzinie 12 po krótkiej sesji fotograficznej wraz z 20 innymi zespołami stajemy na starcie. Temperatura w granicach zera jest bardzo przyjemna jak na zimowy rajd.

3...2...1….START

I ruszyliśmy na poszukiwanie punktów kontrolnych na trasie “krótkiej”. Wszyscy wystartowali w dobrym tempie. Ja nie lubię tych szybkich startów, ale wiem że połowa tych co teraz jadą bardzo szybko będzie później jak to powiedział Maciek “oddychać rękawami”. I już po pierwszym zadaniu specjalnym  w Folwarku Łękuk zaczyna się to sprawdzać.  Co nie, Maciek?

Ruszamy na rowerach z Gawlików Wielkich na pierwszy przepak w Folwarku Łękuk. Zaczynam dosyć szybko i po minucie orientuję się, że nie ma Asi. Trochę przestraszony czekam na nią. Na szczęście jest OK, ale wiem, że etapy rowerowe nie będą mega szybkie. A jest ich łącznie 125km. Do przepaku dojeżdżamy jako przedostatnia ekipa . Tu czeka na nas pierwsze zadanie specjalne.

Tym zadaniem specjalnym był mini-bieg na orientację rozegrany na terenie posesji. Mini dlatego bo dystans 3 km w porównaniu z całą 170km trasą to nawet nie jest rozgrzewka.

Pamięciówka. 4 punkty kontrolne do zaliczenia biegiem. W sumie nie można się zgubić. Jest miło i przyjemnie. Bez problemu odnajdujemy wszystkie punkty i z przepaku wyjeżdżamy już nie na przedostatnim miejscu. Jest dobrze. Może i zaczęliśmy wolno, ale będziemy powoli wyprzedzać kolejne ekipy. Drogi szutrowe i polne są mocno ośnieżone, dlatego wybieramy trochę okrężne warianty, które są zdecydowanie szybsze.

Po pierwszym zadaniu specjalnym zaczyna się pierwszy z długich etapów rowerowych, w środku którego czekało na nas zadanie specjalne - zjazd na linie z wieży w Starych Juchach.

Wskakujemy w uprzęże wchodzimy na szczyt, wpinamy się w liny i zjeżdżamy. Miły przerywnik na etapie rowerowym.

Wieża ma ze 20 m. wysokości. Szczerze mówiąc mam lekki lęk przestrzeni i obawiałam się tego zadania. Ale w momencie rywalizacji nie ma czasu na strachy, czekając na swoją kolej na górze, niechcący pomyliłam zawodnika z organizatorem :P Pierwszy zjechał Maciek, zrobił to szybko i sprawnie, ze mną nie było już tak kolorowo - lina nie chciała mnie puścić w dół, najwidoczniej nie mam predyspozycji samobójczych:P Ale walczyłam dzielnie i może nie z zawrotną prędkością, ale ukończyłam zadanie. Widząc zespoły depczące nam po piętach, nawet nie zdążyłam włączyć ponownie kamerki i pognaliśmy dalej. Tu szacun dla Maćka - wytrzymał kolejne moje narzekanie, że nienawidzę tak jeździć na spięciu. (Jeszcze wiele razy to usłyszy).

Czołówka nam uciekła. Oni będą walczyć między sobą. Dla nas jednak największą konkurencją są dwa mixy, Berlin Moskwa oraz On-Sighty. To z nimi będziemy się ścigać do samej mety. Kolejne kilometry przyjemnie lecą.

No tak Maciek, cudownie - dopiero teraz zaczęły się prawdziwe rowerowe przyjemności - jak nie błoto w którym zapadałeś się po kostki i cudownie oblepiało cały osprzęt, to śnieg po pas i pchanie roweru przez zaspę która, ze względu na temperaturę ok. zera stopni, była lepka, mokra i nieprzyjemna.Na podjazdach po śniegu mogłam trochę podłechtać swoje ego - bo w przeciwieństwie do innych (cięższych) nie zapadałam się, a pożyczona opona z kolcami od Darka Sikorskiego pięknie łapała się śniegu i lodu i tam gdzie inni walczyli ja jechałam w górę! Gorzej było potem w dół, Maciek chyba miał grubą czapkę, albo udawał że nie ruszają go moje monologi z butami i pedałami że nijako są głupie, że łapią śnieg i błoto ;)
Jako że w przyrodzie musi być równowaga, suma przykrości musi się równać sumie przyjemności - po zaliczeniu PK (punktu kontrolnego) 4 czekało nas przejście przez zamarznięte jezioro. Jako że tam skąd pochodzę nie ma jezior, co najwyżej górskie rzeczki, nigdy wcześniej nie przechodziłam przez zamarznięte jezioro. Jak przystało na pierwszy raz obchodziłam się z lodem jak z jajkiem:)

Za PK4 wariant narzuca się sam. Tniemy przez zamarznięte jezioro do głównej drogi, a potem już prosto na przepak. Początkowo trochę nieufnie wchodzimy na lód, ale pokrywa jest gruba i dajemy radę nawet jechać. Obok nas jadą dwa inne zespoły. W pewnym momencie jeden z zwodników zalicza glebę. Lód nawet nie pękł. To nas zdecydowanie uspokaja.

“-Ej, Maciek, kurde a jak się lód załamie?
- Nie załamie się, patrz jaki gruby”
- No właśnie wydaje mi się, że gdzieniegdzie jest przezroczysty i popękany
- Nie panikuj, widzisz tych kolesi co przed nami jadą, na pewno się zaraz któryś przewróci...o! już leży! i lód się nie załamał, a ważą dużo więcej niż my razem wzięci :)”

Przydał się taki mały zastrzyk adrenaliny, żeby przetrzymać przejazd polami po roztopionym śniegu pomieszanym z gliną - tu już moje rozmowy z butami i blokami nie były tak przyjemne. Się biedaczki nasłuchały…

Ostatnie kilometry dojazdu do przepaku B były przyjemniejsze, może aż zbyt proste, bo po ścieżce rowerowej. Naprawdę nie mogłam się doczekać tego przepaku, po pierwsze - wreszcie zejdę z roweru, po drugie będzie etap narciarski, a jak nie to sobie pobiegamy:) No i ciepła herbatka, tak smakująca na tego typu imprezach i szansa na zjedzenie czegoś innego niż słodkiego żelu.Najbardziej uśmiałam się z faktu, że wkładając folię termiczną w skarpety rano, zrobiłam to tylko na jedną noge o czym zorientowałam się dopiero na przepaku, No a tak się zastanawiałam, DLACZEGO MARZNIE MI TYLKO JEDNA STOPA?! Wychodząc z bazy, było już ciemno. Wzięliśmy narty pod pachę, ja chciałam biec, ale Maciek zdecydował że lepiej szybciej maszerować niż wyrywać się teraz biegiem, bo możliwe ze cała trasę będziemy musieli pokonać z nartami na barkach (To jest kurcze dopiero boot camp) i niekoniecznie starczy nam na to sił. To była słuszna decyzja. Na dojściu do lasu i w początkowym jego fragmencie nie było szans na założenie nart - najpierw asfalt , potem szuter i woda, błoto, ani śladu śniegu. Na szczęście po zapuszczeniu się głębiej - pojawiła się zima! Maciek stwierdził że jak chcę pojeździć to mam założyć narty, on stwierdził ze szybciej porusza się na nogach. Tutaj dopiero zaczęła się frajda - zjazdy , górki, lód, czasem niestety gałęzie i kamienie. Widzę jeden duży plus tego etapu - porządnie odpoczęłam - no, może troszkę zmęczyły mi się ręce, ale tylko TROSZKĘ.

Do przepaku w Orzyszu dojeżdżamy w 4 zespoły. Niby nie robimy nic szczególnego a jednak spędzamy tam ponad 20 minut. Bierzemy narty, mapę do BNO (biegu na orientację) i biegniemy z nartami pod pachą do lasu. Mapa jest mocno nieaktualna, więc jeszcze przed zaliczeniem pierwszego punktu gubimy się. Mój błąd, 15 minut stracone w głupi sposób. Asia zakłada narty i jedzie.

Tak, tutaj zaliczyliśmy małą wpadkę nawigacyjną, ale większość spotykanych drużyn miała z tym problem. Po krótkich konsultacjach z napotkanymi zawodnikami, Maciek zdecydował, że idziemy inaczej niż pozostali, zrobiliśmy małe kółko ale pięknie jak po nitce w końcu trafiliśmy na punkt. Widok Maćka odnajdującego lampion - to jak widok dziecka dostającego nową zabawkę:) W przypływie radości dostałam buziaka :P “Teraz to już będzie z górki”  Miał rację.

Dość sprawnie bez błądzenia kierowaliśmy się na kolejne punkty, były momenty gdzie na nartach biegowych można było się rozpędzić (cudowne oblodzone zjazdy), a były fragmenty z totalnym przedzieraniem się przez korzenie, krzaki, strome górki, gdzie musiałam odpiąć narty). W drodze powrotnej męska część zespołu zarządziła podział obowiązków: zdejmujesz narty, daj ja je poniosę a ty zjedz kanapkę. Taka mała zaleta bycia teoretycznie “słabszym ogniwem” zespołu. Hitem tego etapu okazał się też mój niewyjaśniony ból głowy. Głowa bolała mnie przez cały etap i to bardzo mocno. Nie mogłam dojść do tego czemu. Łyknęłam tabletkę przeciw bólową, chłopcy z towarzyszącej nam drużyny chcieli ratować mnie następną. Mimo wszystko ból nie przechodził. Sytuacja wyjaśniła się na przepaku - zdjęłam czołówkę - ból minął a na czole został mi pamiątkowy siny kwadracik. ;)

Ja nie jestem wirtuozem nart więc wybieram wersję bieganie z nartami. Razem z chłopakami z Harpagan/Navigatoria zaliczamy kolejne punkty. Po zaliczeniu ostatniego zostaje nam 7km biegu na przepak. Asia zdejmuje narty bo śnieg się skończył. Biorę obie pary na ramiona i zaczynamy biec. Wyglądam trochę jak zombi ale poruszamy się sprawnie. Już wiem, do czego potrzebne mi były treningi Boot Camp i noszenie Adasia na barana. Asia w tym czasie odpoczywa.

Tak z buta już pokonaliśmy ostatni odcinek do szkoły w Orzyszu po drodze spotykając jeszcze jedną drużynę dopiero wybierającą się z nartami w las. 
Rzeczy pozostawione na przepaku zdążyły wyschnąć, przyjemnie jest wskoczyć w suche skarpety i rękawiczki. Zostawiliśmy narty, czekał nas kolejny ok 60 km etap rowerowy i dwa zadania specjalne.

Do przepaku docieramy tuż po zespole Berlin Moskwa, ale nie wiemy gdzie są Onsighty. O tym, że są za nami dowiemy się dopiero na mecie. Szybki przepak. Zmiana skarpetek. A było to chyba najważniejsze zadanie na każdym przepaku i w drogę. Kolejne zadanie specjalne to most linowy nad kanałkiem w Orzyszu.

Zadanie wyglądało niewinnie, tylko krótki odcinek przez rzeczkę, a jednak dał się we znaki. Tutaj procentowało doświadczenie w tego typu przeprawach.

Można się rozgrzać. Patrząc na Asię jestem z niej dumny. Ileż ona włożyła siły w pokonanie tego mostu. Ale jak rajd to nie ma przebacz. Tutaj też procentowały treningi Boot Camp.

Szczerze mówiąc to był mój pierwszy raz, więc po wykonaniu zadania usiadłam na kamieniu z przerażeniem stwierdzając “RATUNKU, JA NIE MAM WŁADZY W DŁONIACH!”  Bez paniki - po około 2 km jazdy rowerem czucie dłoni wróciło. Nawiasem mówiąc organizatorzy mieli chyba niezły ubaw obserwując uczestników walczących z linami - w każdym razie wyglądali na rozbawionych. Po pierwsze jak dotarliśmy nad rzeczkę Maciek został przywitany solidną reprymendą: “ A ty to na rajdzie jesteś czy gdzie,  zamiast się ścigać to zdjęcia na facebooka wstawiasz z lasu i denerwujesz ludzi którzy w domu siedzą i nie mogą się pościgać” ;) “Oj tam, najwidoczniej ja tak wolno biegnę, że się Maćkowi nudzi” - nie pozostałam dłużna.
Po drugie - nazwa naszej drużyny budziła ciekawość, na rajdach Boot Campu jeszcze nie było:) Dariusz Urbanowicz, tak przy okazji mnie zagadnął “ Ej, a co to w ogóle jest ten Boot Camp?” - miałam okazję troszkę mu o nas opowiedzieć i zaprosić na trening, może kiedyś wpadnie? Przy okazji naszła mnie refleksja, w chwili linowej słabości, że kurcze chyba lepiej mi wychodzi trenowanie innych, niż siebie. Na co Darek “ Mnie chyba też” ;) Ot taka anegdotka.

Po zadaniu wreszcie ruszyliśmy na długie rowery. Powoli zbliżała się północ, a my spokojnie zmierzaliśmy w kierunku Kruklanek, czyli kolejnego zadania specjalnego. Po drodze wyprzedzamy Ingę i Maćka. Kolejne zadanie to również most linowy...Tym razem już bardzo konkretny. 60 m. w ruinach starego mostu kolejowego. 60m, które musimy pokonać siłą naszych rąk. Paradoksalnie zarówno mi jak i Asi jest znacznie łatwiej niż w Orzyszu.

Na drugim długim, ok 60 km etapie rowerowym były momenty, że zaczęło mnie dopadać zmęczenie. Przejazdy między punktami kontrolnymi były dłuższe, choć nie bez atrakcji. W połowie przejazdu - most w Kruklankach. Około 60 metrowy odcinek który znów trzeba było pokonać przeciągając się na linie. O dziwo tym razem poszło sprawnie, chociaż było wyżej i dłużej niż poprzednim razem. Z tego jestem dumna:)
Zanim jednak dotarliśmy na miejsce musieliśmy przejechać ok 40 km. Na tym odcinku było dosłownie wszystko - woda (niestety nie sama, a zmieszana z błotem z pól), jak i podjazdy oraz zjazdy po błocie, czy rozmokniętym śniegu. “Miłym” urozmaiceniem były fragmenty po kocich łbach, ekstra śliskich i ekstra nieprzyjemnych dla pośladków. Był i śnieg po pas - taki mokry, śliski, zaręczam, że jeżeli byłoby jasno nie zjeżdżałbym szybko z takich górek. To jest plus sytuacji, gdy widzisz zaledwie na kilka metrów do przodu, włącza się czucie głębokie.
Najlepszym fragmentem była droga przez las, gdzie jakimś cudem była prawdziwa zima:) Śnieg na drzewach, drodze i wyjeżdżone koleiny z lodem. Ciekawie wyglądał nasz taniec na lodzie, ale nie poddawaliśmy się, nie ważne, że każdy niekontrolowany skręt czy nawet przeniesienie ciężaru ciała kończył się upadkiem, ważne żeby wjechać na górkę i żeby nie dogoniły nas ekipy będące za nami.

Ruszamy w stronę przepaku. Zaczyna kropić. Marznący deszcz powoduje, że asfalt staje się bardzo śliski, a nasze tempo spada. Asia klnie pod nosem, ale dzielnie jedzie dalej. Ja zaliczam dwie gleby. Raz na jeden boczek, raz na drugi. Tak żeby było symetrycznie. Po ostatnim punkcie na tym etapie miało być już krótko i szybko do przepaku, ale wpadamy w polną drogę, gdzie wiatr zawiał trochę śniegu. Nie ma szans na jazdę po czymś takim.

Ten etap, zaraz po przejeździe przez jezioro podobał mi się najbardziej. Po zadaniu specjalnym został nam tylko 1 punkt kontrolny i wyczekiwany z utęsknieniem przepak A w Folwarku Łękuk przed ostatnim etapem narciarskim. Zanim tam jednak dotarliśmy pogoda z zimowej zdążyła zmienić się na iście jesienną. Zaczął padać rzęsisty deszcz. Podjęliśmy decyzję o zmianie kurtek z wiatrówek Newline, którym chylę czoła, gdyż nie spodziewałam się, że aż tak sprawdzą w zimowych warunkach, na coś mniej przepuszczalnego. Jednak co ulewa, to ulewa.

Trochę pchamy rowery, trochę jedziemy polem. Asia klnie, tym razem nie na warunki, ale na mnie za wybranie takiego wariantu. Miało być krótko i szybko, a jest dłużej i wolno.

Dla mnie etap ten był najcięższy również ze względu na dopadającą mnie senność na długich, monotonnych zjazdach i podjazdach rowerowych. Nie sądziłam, że może mi się tak nudzić na rowerze. Śmieszne uczucie, gdy jedziesz i się łapiesz na tym, że chyba fragment trasy przespałeś, bo nie pamiętasz co robiłeś 10 min wcześniej. Trochę kofeiny i węglowodanów pomogło - do tej pory się zastanawiam czy to placebo, czy rzeczywiście to daje kopa. Pomimo walki z sennością, pamiętam uczucie i mój wewnętrzny monolog “Aśka, jaki klimat, ciemno, pola, lasy, woda, śnieg, samotne chatki na bezdrożach, bajka! Chwilo trwaj!”.
Przepak A przywitał nas miłą informacją - dwie drużyny które były na poprzednim przed nami, zagubiły się gdzieś po drodze i z 9 przesunęliśmy się na 7 pozycję. Uzgodniliśmy - teraz pozostaje nam tylko nie stracić tej pozycji. Poza tym cudowny, ciepły, kwaśny bigos (miła odmiana od słodkiego smaku) postawił nas na nogi.

Z ulgą dojeżdżamy do przepaku. Zostawiamy rowery, jemy smaczny bigos, bierzemy narty i wychodzimy na kolejny narto-trek. Zaczynamy marszem. Wiemy, że pierwsze ekipy już kończą. Z nimi nie wygramy. Ale możemy obronić nasze 7 miejsce. Nie wiemy ile mamy przewagi, więc nie możemy sobie pozwolić na żaden błąd.

Dookoła pełno błota, wody a tu etap narciarski - postanowiliśmy ubrać buty biegowe a narty wziąć w ręce - było to konieczne by uniknąć kary czasowej za niezabranie nart na etap narciarski. Więc pozostałe 4 punkty zdobyliśmy z nartami na plecach.

Powoli wstaje słońce, a nam wracają siły. Sprawnie maszerujemy zdobywając kolejne punkty. Nawigacja jest tutaj wymagająca, ale nie popełniamy błędów.

Na tym etapie niestety przemoczyłam moje adidaski, a że było około zera, zdesperowana, zamieniłam na buty do biegówek, rozmiar 40 i w nich pokonywałam niezłe górki, musiałam wyglądać przekomicznie tak biegnąc w siedmiomilowych butach. Nawiasem mówiąc, brawa dla organizatorów, mieli fantazję z rozstawianiem punktów kontrolnych - na najbardziej stromych górkach. Od mojego rajdowego partnera nauczyłam się na tym etapie jednaj ważnej rzeczy - nie tylko mapa i to co według niej widzisz jest ważne. W zimie dobrze jest też patrzeć pod nogi - w pewnym momencie znaleźliśmy ślady na śniegu, Maciek po rozmiarze i modelu butów rozpoznał “ To ślady Marcina Krauskiego i Sabiny Giełzak - prawdziwych rajdowych wymiataczy, idziemy po nich”  (Oni zameldowali się na mecie jako trzeci zespół i pierwszy MIX. W sumie się opłaciło, chociaż po 2 punkcie poszliśmy jednak po swojemu. Po zaliczeniu wszystkich punktów, pozostało nam wrócić do Łękuku. No i tu wreszcie mogłam założyć narty i sobie jeszcze troszkę pojeździć - do samego końca trasa biegła przez szeroką leśną oblodzoną drogę.

Podczas tego etapu zapanował już piękny, słoneczny poranek, senność, znużenie minęło jak ręką odjął.
W Folwarku zmieniliśmy buty, odłożyliśmy narty. Pozostał nam ostatni punkt kontrolny i ok 8 km odcinek rowerowy. Organizatorzy sprytnie tutaj umieścili jeszcze jedno zadanie specjalne - quiz logiczny - musieliśmy z 6 zapałek ułożyć 4 trójkąty równoboczne. Z dumą stwierdzam, że zagadkę rozwiązałam ja - ale Maćkowym szarym komórkom należy wybaczyć - on przez cały ten czas nawigował, dobierał perfekcyjnie trasę. Dzięki niemu prawie w ogóle nie błądziliśmy.
Wsiadając na rower mijaliśmy kilka ekip, które jeszcze wybierały się na etap biegówkowy, standardem było pytanie “ Dało się coś pojeździć?” No cóż, taka zima, taki mamy klimat….

Kończąc etap wiemy, że już tylko ostatnie zadanie specjalne (zagadka logiczna), 8km roweru i upragniona meta.
Zagadka sprawia mi sporo problemów. Na szczęście jest to rajd zespołowy, a Asia zachowała bystrość umysłu i po chwili namysłu rozwiązuje zagadkę.


Mogłoby się wydawać że ostatnie 8 km rowerem będzie już tylko przyjemnością, no i może troszkę było, zwłaszcza, że słońce cudownie grzało. Ale wiecie co - po 130 km przejechanych rowerem i kilkugodzinnej przerwie na bieganie - jak siada się na siodełko rowerowe - to nie jest najcudowniejsze doznanie dla pośladków.

Po drodze jeszcze jeden punkt. Piękne słoneczko zaczyna trochę grzać. Pola, po których można było w nocy jechać stają się grząskie i błotniste. Znowu pchamy. Mówię Aśce, że już niedaleko, ale ona jakoś nie chce mi wierzyć.

Ten ostatni punkcik kontrolny ulokowany był w starym wiatraku - tu skończyło się wreszcie błoto. Ostatnie kilometry to już dojazd po asfalcie, który spędziliśmy planując co zrobimy jak już dojedziemy. Nieopisane uczucie - kurcze, zrobiliśmy 170 km a dyskutujemy sobie czy napijemy się lemoniady czy pójdziemy na lody:P
Na mecie może nie powitał nas grad oklasków, ale gratulacje były, sesja zdjęciowa i nawet wywiad - aż się boję co z tego wyszło, bo uwierzcie po takim wysiłku i pod wpływem TAAAKIEJ ilości endorfin - nie mówi się składnie i ładnie.
No, należał nam się odpoczynek - w sklepiku naprzeciwko kupiliśmy lody i usiedliśmy na przedsklepowej ławeczce pocelebrować sukces : 7 miejsce na 17 zespołów i 2 para mieszana na mecie.

Po 22 godzinach i 58 minutach meldujemy się na mecie. Radość nasza jest ogromna. Ukończyliśmy rajd na 7 miejscu, a kategorii zespołów mieszanych na 2. Brawo Asia! Brawo Maciek! Jestem z nas dumny! Ja też. W nagrodę siadamy pod sklepem i w promieniach słońca obżeramy się lodami. Nagroda musi być. A co!

Niesamowite jest uczucie, gdy uda się dokonać czegoś, o czym jeszcze kilka miesięcy wcześniej myślało się, że jest dla ciebie niewykonalne. Tak udało się ukończyć nam ten rajd, bez większych wpadek nawigacyjnych (brawo Maciek, na mapie to ty się znasz), kontuzji i na dość dobrej pozycji. Był to mój pierwszy rajd zimą - na pewno będzie więcej.
Nieoceniona jest pomoc jaką otrzymaliśmy od zaprzyjaźnionych osób i sponsorów. Darek Sikorski - Twoje opony i narty dawały radę, dzięki nim, w ogóle mogłam się poruszać. Dagmara - twoje rękawiczki jak talizman - moje wiecznie marznące dłonie były gorrrące i suche :* Dziękujemy rówież Agisko Polska za żele i batony, które dawały nam niezbędną energię, Holmenkol - za impregnaty dzięki którym nasze ubrania stały się nieprzemakalne. Nie można pominąć też faktu, że dzięki zegarkowi Polar RC3 GPS mamy zarejestrowane ponad 9 godzin trasy, więc mogliśmy pokazać choć część trasy, jaką pokonaliśmy.

Oczywiście podziękowania również dla wszystkich, którzy nam kibicowali i trzymali kciuki - to naprawdę daje siłę!
Dalsze plany? Tak, są. Może jakiś rajd na trasie długiej, taki na 400km…..

Zapomniałabym o najważniejszym: To ile jesteś w stanie z siebie dać zależy tylko od twojego uporu i konsekwencji w przygotowaniach. Każdy cel jaki sobie wyznaczymy jest wykonalny, trzeba tylko odpowiednio się do jego realizacji zabrać. A wy? Macie jakieś sportowe marzenia? Może w ogóle kusi was żeby dopiero poznać co to znaczy radość z wylanego potu i zmęczenia. Śmiało, zapraszam na treningi Boot Camp Polska. Pomożemy :)

A teraz przeżyj w niecałe 2 minuty naszą przygodę :)

Poprzednie wpisy o przygotowaniach do rajdu!

Autorka: Joanna Palka - trenerka Boot Camp Polska

Udostępnij:

Komentarze
Niesamowite przeżycie, niesamowita relacja. Trzymałam kciuki kiedy tam byliście i trzymałam kciuki kiedy czytałam :) Jesteście niesamowici i wyobrażam sobie jakie to uczucie wbiec/dojechać do mety po 180 kilometrach !!! Jestem dumna że mam taką trenerkę :) I że trenowałam wspólnie z takim starym wyjadaczem jak Maciek :) Aż mi się zachciało wziąć udział w takim szaleństwie !!! :)
AgataNo, 2014-02-21 21:26:17
Agata , jeszcze wszystko przed tobą. Zycie jest po to żeby je wypełniać fajnymi rzeczami:)
askpal, 2014-02-21 21:30:57
Asia świetna relacja! Zazdroszczę wytrwałości i gratuluje sukcesu :-)
Monika, 2014-02-22 11:37:28
Wyślij

partnerzy:

    Agisko Powergym     SUPERfeet

Hutnik Warszawa   logo salomon time to play  Runmageddon - będzie piekło!     

PayU.pl

Wszystkie pola są wymagane.