Blog / Rajd Dolnego Sanu

Rajd Dolnego Sanu

31 marca 2014

Wiosna, wiosna, wioooosna! Chyba nikomu nie trzeba powtarzać, wystarczy spojrzeć za okno. Skoro wiosna, to i sezon biegowych przyjemności należy godnie przywitać. Tak też uczyniłam, mimo czającego się za rogiem przeziębienia.

Razem z Piotrkiem Kwitowskim reprezentowaliśmy Team Boot Camp Polska na Rajdzie Dolnego Sanu (RDS) - ekstremalnym rajdzie pieszym na orientację, w naszym przypadku była to trasa 50 km, którą postanowiliśmy w całości przebiec (w rzeczywistości wyszło nam 65 km - takie małe niedopatrzenie organizatora, zdarza się) :P

Tereny były piękne, bo całość rozgrywała się w okolicach Sanoka, a część punktów kontrolnych umiejscowiła się przy zabytkowych cerkwiach. Nasze siły również mierzone były na zamiary. Moim celem było sprawdzenie biegowej formy, po dwóch miesiącach treningu według wskazań badań wydolnościowych, z których miałam okazję skorzystać w High Level Center. Tak więc wyposażona w niezbędny sprzęt do monitorowania tętna i rejestracji trasy (Polar RC3 GPS) ruszyłam na wiosenne odkrywanie Doliny Sanu.

Rywalizację ciekawą czynił nie tylko fakt, iż trasa miała sporo przewyższeń, bo według zegarka ok. 2000m, ale również liczba zawodników na naszej trasie: około 70! Dodatkowym smaczkiem była możliwość wyboru wariantu trasy: w prawo lub lewo. To od nas zależało, czy największą górkę zostawimy na koniec - wybraliśmy ten właśnie wariant.

Od początku trzymaliśmy niezłe tempo i co jakiś czas mijaliśmy się nawzajem z Bartkiem Grabowskim i Sebastianem Reczkiem, którzy w klasyfikacji końcowej byli 10 min przed nami. Na trasie nie zabrakło cięcia przez las, chaszczy, błota, a nawet mulistego brzegu Sanu. Pierwszą część trasy przebiegliśmy dość sprawnie. Coś co mnie “zabiło” jak większość zawodników, to długi asfaltowy przelot do Dobrej. Do tej pory moje tętno dość równo oscylowało między 165- 180, co dla mnie było 4 strefą. Co według badań wydolnościowych, było zaraz poniżej progu przemian beztlenowych, co zdawało się być w miarę bezpieczne dla kontynuowania długotrwałego wysiłku. Nie wzięłam jednak pod uwagę faktu - rozwijającej się od kilku dni infekcji układu oddechowego.  Teraz już wiem - już więcej nie wystartuję z męczącym mnie kaszlem. To nie jest rozsądne.Długie kilometry w pełnym słońcu, pod wiatr - a tu wypada biec. Na tym etapie też zaczęła nam się kończyć woda, więc malutki sklepik, zawierający niemal tylko % napoje, uratował nasz wyścig. Pani sprzedająca była w niezłym szoku widząc, że co rusz, przychodzą ludzie i proszą o wodę - dziwne w taki upał, no nie? :P

Po uzupełnieniu wody biegliśmy dalej w górę asfaltem zaczynając powoli mijać zawodników, którzy wybrali przeciwny wariant trasy - wyglądali na dość zmęczonych, co napawało nas optymizmem. Nie wiedzieliśmy, że czeka nas właśnie najtrudniejszy moment wyścigu - podjęliśmy decyzję o przecięciu na przełaj przez góry z punktu 5 do 4 ( teraz nie dziwię się, że góra nazywała się Ostry Dział), oraz z punktu 4 do 3, a po 3 nie było już innej drogi jak wdrapać się na najwyższe, najdłuższe wzniesienie wyścigu górę Słonną. Zapamiętam to podejście na długo, jak z resztą i pozostali zawodnicy. Była to na tyle uciążliwa górka, że sama widziałam, niektórzy w połowie musieli usiąść, żeby odpocząć. Nie było również łatwo wdrapać się pod wyciąg między punktem 2 a 1, ciężko było wtedy biec, bardziej opłacało się maszerować ( co widać z resztą po moim tętnie ( między 130 a 150 bpm). Za punktem nr 1 nareszcie skończył się las, pozostał ok. 4km odcinek asfaltowy przez Sanok. Uwierzcie, to były chyba najdłuższe kilometry w moim życiu, mocno czułam wtedy już ściekający katar po gardle i różne dziwne “gluty” w płucach. Mimo to starałam się jak mogłam żeby ten ostatni fragment przebiec. Nawigacja do samego końca była ciekawa, nie obyło się bez kluczenie pomiędzy budynkami, aby odnaleźć właściwą szkołę, bazę zawodów. Szczęśliwi dotarliśmy do mety zajmując odpowiednio 4 miejsce Piotrek - w kat. open mężczyzn, ze strat a niecałe 10 min do 3 i 2 zawodnika ( ech gdyby nie ta moja choroba to bym go tak nie spowalniała), a ja zajęłam 1 miejsce wśród kobiet z ponad 2 godzinną przewagą nad drugą zawodniczką - sukces!

Podsumowując - moc w nogach jest! Trening specjalnie dostosowany do mnie i odpowiednio monitorowany zegarkiem Polar RC3 GPS - zdał egzamin! Gdyby nie czająca się choroba, biegło by mi się nawet bardzo lekko. Stąd wniosek - aby trenować wydajniej, powinniśmy znać swoje strefy intensywności wysiłku, znać wartość tętna przy którym nasz organizm zaczyna się zakwaszać, aby szczególnie w wysiłkach długotrwałych do minimum ograniczyć tą sytuację.

Tutaj należą sie również gratulacje i podziękowania dla Piotrka Kwitowskiego - on dopiero ma moc w nogach (z resztą który regularny uczestnik bootcampowych treningów ich nie ma) i jasność umysłu nawet na 50 km - bez niego i jego sprawnej nawigacji oraz dopingu i towarzystwa na trasie nie byłoby tego sukcesu. Tak więc - gratuluję i dziękuję, oby więcej takich a nawet lepszych wyników!


Przeczytaj także:

Przygotowania do rajdu

Przed rajdowe testy

Zimowy Rajd 360 stopni - 180km w 22h i 53'

 

Autorka: Joanna Palka - trenerka Boot Camp Polska

Udostępnij:

Komentarze

Brak komentarzy, bądź pierwszy - skomentuj powyższy tekst.

Wyślij

partnerzy:

    Agisko Powergym     SUPERfeet

Hutnik Warszawa   logo salomon time to play  Runmageddon - będzie piekło!     

PayU.pl

Wszystkie pola są wymagane.