Blog / Kierat 2014 - 100km po górach - Realcja

Kierat 2014 - 100km po górach - Realcja

5 sierpnia 2014

Zacznijmy od początku, czyli dlaczego akurat te zawody?

Dla mnie były takim małym marzeniem z czasów nastoletnich i szczerze mówiąc nie sądziłam, że tak łatwo sie spełni. No dobra, może nie tak łatwo, trochę wysiłku trzeba było włożyć. Wiedziałam, że w tym roku forma jest niezła, treningi według wskazań badan wydolnościowych, z pomocą zegarka POLAR RC3 GPS idealnie monitorowały poziom mojego wytrenowania, co widać było w zawodach wiosennych. Ponadto to małe marzenie miało być przepustką do kolejnego większego marzenia: Biegu Ultra Grania Tatr 2015 - ukończenie Kieratu dawało 2 pkt kwalifikacyjne.

Ze strony Maćka wyglądało to tak:

Rodzinne strony Aśki i rajd w którym startowałem już trzykrotnie, ale jak dotąd bez większych sukcesów, to były powody naszego wypadu w Beskid Wyspowy. 23 Maja, punktualnie o godzinie 18 z parku miejskiego w Limanowej miał wystartować XI Międzynarodowy Ekstremalny Rajd Pieszy KIERAT 2014, czyli 100km biegiem , na orientację z przewyższeniem 3500m.

Nauczeni doświadczeniem do Limanowej udaliśmy się już dzień wcześniej. Dzięki temu wyspaliśmy się porządnie i mieliśmy na wszystko czas. Dzień startu od samego rana był bardzo leniwy. Śniadanie, odbieranie map, pakowanie, ostatnie przygotowanie robiliśmy bardzo powoli. Na wszystko mieliśmy czas. Na spokojnie wyrysowałem na mapie warianty, którymi będziemy poruszać się na trasie.

Słoneczna pogoda nie wróżyła nic dobrego. Naszym celem była walka o podium Asi w kategorii kobiet. Zadanie niełatwe, bo na starcie stanęło blisko sto pań.

Dokładnie, Limanowa przywitała nas upałem, nawet siedząc ciężko było oddychać. Dobrze, ze mięliśmy ze sobą izotoniki Agisko, gwarantujące, że dobrze będziemy nawadniać sie na trasie, co przy wysokich temperaturach jest niezwykle istotne. Co do walki, postanowiłam ze będzie dobrze jak zamieszczę się w pierwszej 10kobiet, ale tak naprawdę marzyłam o podium.

Po krótkich przemówieniach wszystkich oficjeli oraz ostatnich słowach organizatorów wybiegliśmy z parku miejskiego w stronę pierwszego punktu. Pierwsze siedem kilometrów prowadziło po szlakach. Ogromna ilość biegaczy powodowała, że czuliśmy się jak na biegu ulicznym. Punkt zdobyliśmy bez najmniejszych problemów. Drugi punkt na 16 kilometrze odwiedzamy również bez problemów.

Oboje wyposażeni w zegarki RC3 GPS postanowiliśmy rejestrować trasę równolegle, żeby kontrolować różnice między naszymi wartościami tętna i samopoczuciem. Na tym etapie czuliśmy się podobnie i wskazania były zbliżone, chociaż Maciek miął nieco wyższe wartości.

Dla mnie pierwsze dwa przeloty minęły błyskawicznie, nawigacyjnie szło jak po maśle, głównie drogami i ścieżką, fragmentami było dość stromo. Spotkaliśmy nawet kozę, która zaprzyjaźniła się z nami na ładnych kilka kilometrów i nie chciała nas opuścić ;). Poprzez pola, lasy napieraliśmy dalej w dość dobrym tempie, Maciek co jakiś czas mnie stopował, bo ja widząc jakąś dziewczynę przed sobą od razu włączałam 5ty bieg. Założyliśmy, że będziemy sie trzymać Justyny Fraczek, doświadczonej biegaczki na takich dystansach i jak utrzymamy jej tempo to będzie nieźle. Według Maćka była to jedna z głównych pretendentek do zwycięstwa.

Droga do trójki, to bieg trochę po drogach, trochę na azymut przez pola. Na jednym z takich odcinków, Asia zalicza efektowną glebę ;) Na szczęście podłoże było miękkie i żadna krzywda się nie stała.

Gleba była iście efektowna - biegnąc pełnym gazem chciałam przeskoczyć rów, ale niestety za rowem w trawie czaiła sie dziura i wskoczyłam prosto w nią wręcz pod stopy Sebastiana Reczka i jego współtowarzyszy, którzy stwierdzili, że jak sie będą mnie trzymać to sie nie pogubią, bo podobno nieźle biegam ;P Nie wiem czy w tamtym momencie nie zwątpili :D

Trochę śmiechu i napieramy dalej, na pkt3, znajdujący sie w Kamienicy. Wiemy, ze spotkamy tam swoją twarz, Julkę Kamińska, która również wybrała sie z nami na Kierat, ale w roli wolontariuszki. Tak tezż sie stało, uzupełniliśmy wodę, założyliśmy czołówki i nie pogadaliśmy sobie zbyt długo, czas dalej w drogę!

Kolejny punkt zdobywamy również bez problemów, ale tuż za nim robi się ciemno, a optymalny wariant wymaga trafienia w drogę, która zaczyna się pośrodku niczego. Nie udaje nam się to. Robię głupi błąd nawigacyjny, który kosztuje nas 30min, 3km i ok. 300m przewyższenia do pokonania ekstra. No i oczywiście spadek w klasyfikacji o jakieś 100 miejsc.

Głupio mi teraz ale przez polowe trasy wypominałam Maćkowi ten błąd, chciałam biec dalej za siostrami Sulkowskimi , a on wymyślił sobie ze lepiej będzie w "krzaki", ze niby krócej. Zaufałam dobremu nawigatorowi. Ale każdy ma prawo do bledu, może wtedy powinnam być bardziej stanowcza? Kto wie, może i powalczyłabym z nimi o 1sze miejsce?

Na śladzie z GPS pięknie widać nasz błąd. Jestem zły, bo przez taką głupotę tracimy sporo sił i czasu. Teraz czeka nas pierwsza poważna trudność – Lubań, 760m przewyższenia na jednym przelocie. Początkowo podchodzimy dobrą szutrową drogą, która jednak z czasem przemienia się w wąską leśną drużkę, a następnie w strumień. Jest środek nocy, a my podchodzimy strumieniem w górę. Gdy ten się kończy nie pozostaje nam nic innego jak wchodzić pod górę na azymut. Momentami jest tak stromo, że idziemy na czworakach.

Tutaj ja zaliczam swój WIELKI KRYZYS. Zmęczyło mnie wcześniejsze błądzenie. Zaczynam walczyć z potwornym bólem głowy. Syndrom czołówki? Masakrycznie chce mi się spać, w głowie tylko jedna myśl: usiąść pod drzewem i zasnąć. Nie zrobiłam tego tylko dlatego ze byłam z Maćkiem, jego stwierdzenie, ze jak ja zrezygnuję to jak on będzie wałczył o zwycięstwo w grupie kobiet mnie rozbroiło. To podejście dłużyło mi się niemiłosiernie, zaczęłam zauważać na pniach niebieskie i zielone ślimaki. Podobno to nie halucynacja, podobno takie są. Wmówiłam sobie, ze w plecaku mam red bulla, że jak dotrwam do szczytu Lubania to go wypiję i że na pewno poczuję sie lepiej.

Ostatnie 700m na szczyt pokonujemy już szlakiem, ale paradoksalnie nie jest łatwiej. Burza, która przeszła kilka dni wcześniej połamała mnóstwo drzew na graniach robiąc konkretny tor przeszkód. Omijanie, bądź przeskakiwanie tych drzew nie należy do przyjemnych.

Zabawny jest widok hardkorowych ultrasów przedzierających sie przez powalone pnie , klnących pod nosem "Te p....choinki!":)

Kolejne 10 km, które miało być przyjemnym biegiem po szlaku, zamienia się w katorgę. Każde kolejne drzewo wyklinamy coraz bardziej. W pewnym momencie wpadamy w „pole powalonych drzew”.

Obszar 500m na 500m na zboczu, gdzie są same powalone drzewa. Gdy zaczynamy brnąć w te wiatrołomy, jest już za późno, aby zmienić plany i wycofać się. Musimy przez nie po prostu przejść. Raz pod powalonymi pniami, raz pomiędzy ogromnymi gałęziami, a innym razem przeskakując z pnia na pień. Kolejne drzewa pokonujemy bardzo wolno. Kiedy wreszcie docieramy, do końca wiatrołomów robi się zimno. Słońce zaczyna świtać, a my zaczynamy biec w kierunku półmetka.

Najtrudniejszy fragment trasy – Pasmo Lubania:

Czyżby tutaj zaczynał sie kryzys Maćka? Stał się małomówny. Ja zaczynam odzyskiwać siły. Po obiecanym energetyku na szczycie Lubania i gorzkiej czekoladzie, czy po prostu czający sie dzień tak na mnie działa? Truchtam przodem, podśpiewując "Słoneczko późno dzisiaj wstał o..." żeby dodać mu otuchy, może jemu pomoże, choć wiem jak mnie to irytowało gdy ja miałam kryzys a on śpiewał...

Te drzewa dały nam w kość! Na przepaku, robimy krótką przerwę. Nie jest dobrze. Około 200 osób jest przed nami, a my mieliśmy walczyć!

Na punkt nr7 w Ochotnicy Dolnej przybywamy o 4:32. Świetna pora na śniadanie! Organizatorzy zadbali żeby niczego nie zabrakło. Ja wyciągam polowe swojej kanapki i wszystko co jest dostępne ciepłego do picia: dwie mocne przesłodzone herbaty, barszczyk i chyba jeszcze łyk kawy. Nad ranem zrobiło się zimno i wilgotno, potrzebuję sie rozgrzać. Maciek wchodzi do środka opatrzeć stopy a ja obserwuję pozostałych zawodników, duża część z nich tutaj kończy swoje zmagania z górami, zamieniłam kilka słów z Magdą Gruziel, ona jest jedną z nich. Dla niej to jest tylko trening przed następnymi ultra, chyba Mount Blanc, jeżeli dobrze pamiętam.

Trochę poganiam Maćka, mi nogi same się rwą żeby iść/ biec dalej, a w myślach trzymam kciuki żeby on tez odzyskał, energię jak ja. Uzupełniamy bukłaki i opuszczamy bazę. Tutaj dalej ja trzymam szybsze tempo, Maciek swoim idzie z tylu, ja czuje ze coraz bardziej sie rozkręcam, w pewnym momencie patrzę za siebie i dech w piersiach zapiera mi widok wschodu słońca, Tatry i Gorce w cudownej poświacie! Ten widok będę pamiętać jeszcze długo.

Druga część trasy to dwa konkretne podejścia – Gorc (1228m) i Mogielica (1170m). Już na pierwszym z nich nie czuję się najlepiej, podchodzi mi się ciężko i tylko spowalniam Aśkę. Podejmujemy decyzję, że Aśka idzie swoim tempem, ja turlam się swoim a na zbiegu spróbuję ją dogonić.

Ta część trasy to największe i najdłuższe podejścia wyścigu. Umawiamy sie z Maćkiem, że ja ponapieram swoim tempem, a on dogoni mnie na zbiegach. W tym jest dobry. Na punkt na Gorcu docieram sama. Chcę czekać na Macka, ale prawie wykopuje mnie za tyłek Kasia Skolimowska, sędzina, tekstem: Magda Horova, wielokrotna zwyciężczyni w kat. kobiecej była tu 10 min przed tobą i nie wyglądała tak świeżo jak ty, gon ja! Tutaj chyba rozegrała sie u mnie jeszcze większa walka z myślami, niż jak miałam kryzys, przecież trasę mieliśmy pokonać razem z Maćkiem, taka była umowa, ale...ja wiem że dam radę zawalczyć, czuję moc. Ok. Biegnę. Zostawiam info dla Macka, że jakby coś to poczekam na Mogielicy. Troszkę wątpliwości na szczycie i trafiam we właściwą ścieżkę, zaczynam zbiegać.

Na szczycie Gorca mam 8 minut straty. Moja ambicja zostaje nadszarpnięta. Rzucam się w pogoń za Asią. Zaczynam zbiegać zawrotnym tempem. Już po 15 minutach doganiam Asię i razem gnamy do kolejnego punktu. Jak się okazało ten odcinek Asia pokonała w dokładnie takim samym czasie jak zwycięzca Maciek Więcek, a ja nawet szybciej.

Słońce jest już wysoko, robi się upalnie a my rozpoczynamy kolejne podejście. Tym razem Mogielica.Taktyka znowu taka sama. Asia podchodzi szybciej swoim tempem, a ja powoli swoim.

Już wiem ze wyprzedziłam 4. zawodniczkę, z tyłu głowy kołacze mi sie myśl, ze może, by tak udało się wyprzedzić jeszcze trzecią, Justynę Frączek. Daje sie ponieść nogom na zbiegach, mocno cisnę pod Mogielicę, po drodze znajduje mapę, pewnie ktoś przede mną zgubił, zabieram, może akurat go spotkam. Niedaleko punktu doganiam chłopaka, ale to nie jego mapa. Podbijamy karty na Mogielicy, znowu dowiaduje się, że mam tylko 10 min straty do następnej dziewczyny. Szybka decyzja: będę walczyć! Tutaj zarządzam, ze nie idziemy przez szczyt, mam w pamięci strome podejście tam prowadzące, szkoda sil, przeprowadzam kolegę ścieżką dookoła szczytu i zbiegamy dość żwawo, w końcu walczę o podium!

Na szczycie tracę do Asi 40 minut. Wiem, że do mety już nie zdążę tego odrobić. Ona w górach czuje się jak ryba w wodzie.

Po wyprzedzeniu Justyny Frączek zaczynam czuć, co to jest prawdziwa walka, przede mną jeszcze ok 30km, a ja nie mogę dać się wyprzedzić. Puszczam sie w dół jak kozica, kolega spotkany pod Mogielica dziękuje za wspólny fragment i zostaje z tyłu. Ja naładowana adrenaliną tak pędzę, że przegapiam skręt szlaku i odbijam za daleko na południe. Dopiero gdy wybiegam z lasu zauważam ze cos jest nie tak, pytając rolników pracujących na polu jak daleko do Urzędu Gminy w Słopnicach, otrzymuję odpowiedź, że przynajmniej z 5! Kurcze5!?? Przesadziłam z tempem. Mając nadzieję, że rywalka też pobłądziła, nadrabiam kilometry bokiem góry.

Na punkcie w Słopnicach, uzupełniam płyny, dzwonię do Maćka, który pozwala mi biec dalej, prosi żebym tylko mu zostawiła coca colę na punkcie. Truchtam więc do sklepu i kupuję dla niego i dla siebie, zaczepiam jeszcze dwóch chłopaków, którzy jak widać, też wybierają się dalej i nie zgłaszają sprzeciwu żebym dalej poruszała sie z nimi. Okazuje się, że mapa którą znalazłam jest jednego z nich.

Dwa ostatnie przeloty zaliczamy w pełnym słońcu, trochę szukania punktu przy ujęciu wody w Tymbarku i idziemy dalej, szkoda ze nie wpadliśmy na pomysł obejścia gór asfaltem, tylko pniemy sie pionowym podejściem pod Paproć i do mety docieramy grzbietami gór. Zaczyna sie robić piknikowo, idziemy, żartujemy, w końcu się sobie przedstawiamy, okazuje sie ze obaj koledzy też mają na imię Maciek :)

Trochę idziemy, trochę biegniemy. Zmęczyło nas to ostatnie podejście. Później się okaże, że nie zawsze wyliczenia z mapy są najlepsze, mogliśmy obejść ten fragment asfaltem. Ostatni odcinek biegniemy, podbijamy karty na mecie, ja równo po 19godzinacj i 42 minutach. 4 minuty po mnie na metę dociera 4 dziewczyna -Justyna. Kurcze, trochę więcej byśmy pogawędzili z chłopakami i mogłam stracić swoje podium! Ale liczą sie fakty: zrobiłam to, jestem 3!!!! Najlepszy prezent na 26 urodziny, jaki moglam sobie sprawić.

Na ostatnich dwóch punktach powoli odrabiam stratę, ale Asia jest mocniejsza ode mnie. Na metę przybiega 5 minut przede mną i co najważniejsze - jest 3 kobietą na mecie!!! Brawo!!!

Jestem bardzo szczęśliwy, ale nie ze swojej postawy (może trochę też – poprawiłem się o 3h), lecz z wyniku Asi. Był to jej debiut w biegu na 100km i od razu pudło. Jeszcze raz brawo. Mocarna dziewczyna.

Następnego dnia uczestniczymy jeszcze w oficjalnym zakończeniu. Odbieramy medale, a Asia swój puchar. Jesteśmy bardzo zadowoleni. Na koniec jedziemy jeszcze w góry świętokrzyskie i już w ramach rekreacji zdobywamy Łysicę To był bardzo przyjemny weekend...

Tutaj mogę stwierdzić, ze Kierat 2014 był pod znakiem Maćka: Macka Reka- partnera i doradcy przez3/4 trasy - dziękuje, bez ciebie pewnie bym nie wystartowała. Dwa pierwsze Miejsca również należały do Maćków: Wiecka oraz Dubaja. A ostatnie kilometry pokonałam z najbardziej pozytywnymi kompanami jakich spotkałam - tez Maćkami. Dziękuję każdej spotkanej osobie na trasie za wsparcie, życzliwość i doping. Szczególnie Kasi Skolimowskiej, która w porę zareagowała i uświadomiła mi, że mogę powalczyć.

Dziękuję również sponsorom:

Agisko - za najlepsze izotoniki na świecie, Maciek już nie mógł słuchać jak co łyk komentowałam: coza boski izotonik!

Polar - zegarek wprawdzie nie zarejestrował całej trasy, gdyż GPS polubił sie gdzieś w paśmie Lubania, ale tętno rejestrował aż do końca, co było dla mnie ważnym wskaźnikiem czy nie przesadzam tempem , oraz poziomu zmęczenia.

Newline - spodenki, koszulka, czapeczka- szybko schną, są lekkie, odpowiednio chronią, nic nie uwiera, po prostu komfort.

Oczywiście dziękujemy wszystkim, którzy nam kibicowali.

Teraz mogę to napisać: najpiękniejsze zawody w moim dotychczasowym życiu, życzcie aby takich było więcej.

A na koniec mała ciekawostka, zegarek Polar podsumowuje zawsze trening procentowo, ile czasu przepracowaliśmy w poszczególnych strefach tętna. Dla mnie wysiłek subiektywnie był lżejszy niż dla Maćka i rzeczywiście, ja więcej czasu przebiegłam na niższym tętnie. Podsumowanie moje:

I podsumowanie Maćka:

Więcej o tętnie w treningu w artykule który ukaże się wkrótce...

Przeczytaj także:

Rajd Dolnego Sanu

Przed rajdowe testy

Autorka: Joanna Palka - trenerka Boot Camp Polska

 

Udostępnij:

Komentarze
Świetna relacja. Gratulacje dla Was obojga :)
marjucha, 2014-08-28 17:00:02
Wyślij

partnerzy:

             SUPERfeet   logo salomon time to play       Runmageddon - będzie piekło!     

OK system          Fit Profit

PayU.pl

Wszystkie pola są wymagane.